środa, 11 kwietnia 2012

Zaległa opowieść o wycieczce

W weekend poprzedni wybraliśmy się do Arcachon. Tam gdzie jest tak wielgaśna góra piacha, na którą ciągną tłumy i żeby ją sforsować trzeba zapłacić. Wybraliśmy się tam wczesnym porankiem (7:30 start). Oczywiście przyzwyczajona tropikalnymi temperaturami wskoczyłam w spodeneczki koszulinke i sandałki i heya. Jakoś zimno było na dworze, ale stwierdziłam, że żaden problem szybko zrobi się ciepło przecież. Droga zajęła nam ledwo 45 min z wcześniej postulowanych 1,5h. (Czyli brakuje mi jeszcze 45 min, żeby zrobiło się cieplej.) Nic to. Wchodzimy pod wydmę. Już wiem, że pizga nawet w słońcu i średnio uśmicha mi się, wdrapywanie się po chałdzie piasku, ale jest szansa, że się rozgrzeje. Wchodzę na piasek, a to dziadostwo ma temperaturę +2 stopnie, i jestem pewna, że 10 minut temu było - 2. Nie ma takie opcji, żeby właziła na wydmę. Mirek zapakował koc w dookoła nosidełka i razem z Leszkiem i Niną wyruszyli na wydmę. Ja sobie stałam u podnóża i trzaskałam sweet focie wydmie. Panowie specjalnie długo na wydmienie zabawili. Okazało się, że wiatr sprawia, że z tych 8 stopniu robi się jakaś pizgawica sakramencka i chłopaki w miarę szybko się z wydmy ewakukowali, ku mojej radości (przypominam - bardzo nieodpowiednio się ubrałam). Potem ruszyliśmy na molo, w ogrzewanej kawiarni wypić jakiś rozgrzewający napój i w przypadku mnie i Korzonka wciągnąc naleśniki. Po przerwie regeneracyjnej ruszyliśmy na spacer. Ja przeskakiwałam w plamy słońca, a panowie się ze mnie śmiali... Cóż, to i tak wszystko wina Rudego! Tej wersji będę się trzymać. Nie muszę wspominać, że żal mi dupę ściskał za każdym razem, gdy tylko spojrzałam na te domy / bloki mieszkalne ustawione chamsko przy samym molo, że w sumie, można by poranną kawę pić z nogami zanurzonymi w piasku, tudzież wodzie - jak kto woli... Może następnym razem. Tak czy siak na jeszcze jedną wizytę wybierzemy się na pewno, jak będzie trochę cieplej, bo mam zamiar ten spacer po molu odpowiednio wydłużyć. Nie doszliśmy do przystani z jachtami, ale urocze czerwonne ferrari się zobaczyło, a i owszem. W ogóle tam się po ulicach plątało dużo emerytów za kółkami naprawdę wypasionymi oldsmobilami, czy jak to się pisze. Oczywiście style morski, granatowy sweterek w serek, biały, albo niebieski kołnierzyk i jakiś zadziornie związany fular. Nad tym pomarszczona szyja w kolorze przypalonej frytki (mniej lub bardziej) i dobrze ułożony siwy włos, lub nabłyszczony jego brak i mokasynki. Ech luksusy.

Od razu machnę post następny.
Szynkę, kurwa mać zalało. Być może dosłownie. Od tygodnia tutaj leje. A zaczęło się od prawdziwej burzy z pierdolcami. Po prostu była przecudna. Niestety bez odpowiedniego oplastikowania na nas i wózek (a nie mamy) nie było po co jechać, ale.... tututututtuuuuu jeszcze będzie święto czekolady, kolejne z moich 3 ulubionych słów.
Lokalizacja dokładnie ta sama. Mam nadzieję, że może szynkę odwołali i przeniosą i zrobią świeto czekoladowo - szynkowe, to by było dopiero odlot. :)

Byliśmy dzisiaj na szczepieniu i kontroli. 6200 i 60,5cm, jakby ktoś miał jeszcze problemy ze zrozumieniem dlaczego tak rzadko piszemy... Godzila nam komputery zasłania... :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz