sobota, 31 marca 2012

K jak konsumpcjonizm

:) Kochani po dłuższym czasie udało mi się ustalić profil bloga. Mianowicie jest o pogodzie i zakupach i francuzach, ale o nich wiadomo w kontekście zakupów i pogody.

Zacznijmy zatem od pogody. Standardowo, jak od tygodnia, napinkala słońce od rana do nocy, nawet w cieniu. (Ok, moving on...)

Zakupy. Lista rzeczy potrzebnych na już (bo wreszcie pojawiła się wypłata) była ogromna. Nie wspomnę nawet o tym, że sporo z tych rzeczy było dla Janki. Postanowiliśmy się zapuścić w okolice Ikei (oczywiście omijając ją szerokim łukiem) i wpaść do Oszona i Tojs ar as. Plan był super chytry i przebiegły. Niestety okazuje się, że jesteśmy super chytrzy i przebiegli podobnie jak 100% Francuzów, którzy również wpadli na pomysł, żeby zakupy zrobić o 9tej rano, jak jeszcze nikogo nie będzie, bo przecież wszyscy będą odsypiać ciężko przepracowany tydzień. Tak więc kolejny sklep odwiedzialiśmy w rytmie polka galopka połączona z slalomem gigantem. Ja standardowo dostałam oczopląsu połączonego z silnym atakiem "muszę mieć", albo "muszę spróbować". W ten sposób dziecko ma nowe ciuchy, ja mam buty idiost's friendy (espadryle, bez żadnego rozróżnienia na but prawy, but lewy), tonę jakiegoś egzotycznego jedzenia, Mirek ma steki i wino dla tatusia.  Zdziwiła mnie natomiast jeszcze jedna rzecz. Żadnych kolejek do kas, bo... uwaga, uwaga... wszystkie kasy obsadzone! Tak! Dobrze czytacie. Wszystkie! Po wyjściu z Oszona i małej rundce pt. Jak stąd wyjść? Trafiliśmy do Tojs ar us. Łudziłam się, że to będzie taki ASKOT, ale niestety nie. Co nie zmienia faktu, że przy półkach z barbie miałam ochotę sobie taką laleczkę kupić. Co by zrekompensować niedostatki (albo półśrodki) dziecińśtwa (mamusia i tatuś w niewiedzy, albo chcąc zaoszczędzić w Peweksie kupili Fleur - w beznadziejnym widzianku żółto czerwonym, a nie Barbie, no i miałam pierwozów mangowej poczwarki i szybko nogi jej się połamały, a jedna w ogóle przestała się trzymać stawu biodrowego). Anyways Mirek specjalnego zainteresowania nie wykazał. Ale spoko, jeszcze tu parę miesięcy posiedzimy...

W ogóle to nie będzie żadnego trip jutro po szynke bajońską, bo festiwal szynkowinki dopiero w przyszłym tygodniu. Jutro się oceanimy w Arcachon. 


Acha, mówiłam że zdjęć Niny wrzucać nie będę, ale nie mogę się powstrzymać.
A star was born!



PS.
Na przeciw nas w hotelu impreza. Widzę ich w oknie, w szczególności papierosowe świetliki. Gdybym miała wiatróweczkę...

PS.2.
Jak się tak przyglądam tym lalkom to one mi się coraz bardziej creepy wydają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz