środa, 5 września 2012

J-23 znowu nadaje

Jak pewnie wiecie, wróciliśmy już do Polski - w sierpniu zamieniliśmy się rolami i Gosia poszła do pracy a ja robiłem za niańkę. Niestety w naszym małym aucie nie udało się pomieścić wszystkich rzeczy, których się dorobiliśmy w Bordeaux i musiałem tu wrócić jeszcze na wrzesień. Od niedzieli mam za sobą maraton za kierownicą: 23 godziny zmieniania się z kolegą, sam bym nie dał rady. Później dwa dni znoszenia zostawionych rzeczy z jakiejś kanciapy w hotelu, z biura, od znajomych. Dzisiaj rozpocząłem pakowanie rzeczy do auta - może jak poleżą 3 tygodnie, to się jakoś skompresują.

Zdarzyło się Wam kiedyś zapomnieć butów do pracy? A znacie chociaż kogoś, komu się zdarzyło? Ja znam! Olivier dzisiaj przyszedł w samych skarpetkach - przejechał 43km rowerem, ale buty rowerowe ma fachowe, wpinane w pedały, a takie się nie nadają do chodzenia.

Za trzy dni biegnę w najdłuższym maratonie na świecie: normalne 42.2km, ale jest co 2km szwedzki stół z winem i dobrym francuskim jedzeniem. W związku z winem, wywiązała się dyskusja, czy alkohol wydłuża trasę do sinusoidy, czy raczej do odcinków ustawionych pod kątem 45 stopni do kierunku ruchu. Zadanie teoretyczne: jaką długość przebiega wstawiony maratończyk? A może ten pierwszy maratończyk, co umarł na końcu, to pił właśnie wino zamiast napojów izotonicznych?

Dieta-cud: od dzisiaj do piątku mam jeść przynajmniej 720g węglowodanów dziennie. Jest to pierwsza dieta, o jakiej słyszałem, na której człowiek w ogóle nie czuje głodu :-)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Nareszcie

Panie i Panowie,
Rudy zabrał mnie nad morze, wreszcie...
Musiało się auto dwa raz zepsuć w tym musiła wybuchnąć ;) opona, żebyśmy wreszcie tam zajechli.
Żarty żartami, ale jak tak dalej pójdzie to naprawdę nie będzie czym stąd wyjechać.
W każdym bądź razie nad morzem super. Piasek jakby go ktoś grabkami ZEN przejechał. Tylko te wiatr urywający łeb i Janka wrzeszcząca, bo w wózku nie chce siedzieć. Ot taka grunge'owa sielanka. Ze śluzem i deformacją w tle. Poza tym to mnie przewiało i jestem chora.

Idę leżeć.

piątek, 25 maja 2012

Nuda, nic się nie dzieje

Dobra, to ja coś powiem z głowy... (kto wie, co cytuję, ten wie)

Nie jest tajemnicą, że my tu przyjechaliśmy głównie dla eurasków i prawda jest taka, że ciągle żyjemy w oczekiwaniu na wypłatę - jak w Polsce :-) Na szczęście już za parę dni przychodzi ta wypłata, z której coś w końcu zostanie, yay! Takie to są skutki wypłaty z dołu, jak człowiek całe życie ma z góry i do tego konieczności wpłacenia kaucji w hotelu.

Narodziła się tu nowa świecka tradycja  - w każdy piątek jemy kebab; czyli tak zwany dzień świni. Już mógłbym mówić do pana kebabiarza "the usual", ale nie wiem, jak to jest po francusku. Zamiast tego mówię "dwa kebaby w chlebie z frytkami, jeden z pomidorami i sałatą, drugi z samą sałatą, oba bez sosu, mersi boku, o rewła e bą łikend", bo wiem jak to jest po francusku. Ze względu na brak eurasków dzisiejszy kebab był sponsorowany przez fundusz na pranie (odkładamy monetki, bo pralka nie wydaje reszty).

Zawsze myślałem, że my jako naród przesadzamy z majowym weekendem. Nie wiem, jak to przegapiłem w 2006, ale tutaj maj wygląda tak:
  • 1 maja wolne, a to wtorek, więc poniedziałek też
  • 8 maja (Dzień Zwycięstwa, chociaż chyba w ich przypadku to Wyzwolenia by bardziej pasowało; chociaż ulice i place są obu typów: i Zwycięstwa i Wyzwolenia) wolne, a to wtorek, więc poniedziałek też
  • 17 maja (Wniebowstąpienie albo -wzięcie, nie jestem pewien), a to czwartek, więc piątek też
  • 28 maja (Zielone Świątki) wolne, tyle dobrego, że poniedziałek
Podsumowując: maj ma  17 dni roboczych.

Oni tu jeżdżą jak "opodatkowani" (za Ronem Swansonem wprowadzamy to słowo i pokrewne do słownika jako bardzo poważne przekleństwo; więcej za jakiś tydzień). W drodze z hotelu do pracy i/lub na spacer są światła - dwa razy, niedaleko siebie. Oba zestawy mają to do siebie, że jak jest zielone, to samochody akurat skręcają na te światła z ruchliwej drogi prostopadłej. Raz musiałem ratować się ucieczką na zielonym. Od tamtej pory chodzę na czerwonym, bo się czuję bezpieczniej. Naprawdę - jak jest zielone, to specjalnie czekam aż auta przejadą i idę na czerwonym. Mówiłem już, że to we francuskim komiksie wyczytałem zdanie "ale głupi ci Rzymianie (właściwie było "die spinnen die Roemer", ale to szczegół)?


Z cyklu porady dla przyszłych ojców: dobrze jest zawczasu zrobić sobie plecy jak Rambo i bicepsy jak Commando. Do lulania.

wtorek, 15 maja 2012

Prognoza pogody

Po dwóch (a może trzech) tygodniach deszczu napierdalającego z każdej strony mamy teraz walące po czaszce słońce. Również z każdej strony. Ja się z moim rudym dzieckiem chowam do zachodu słońca. Oddychać i tak już nie ma czym. Aczkolwiek najbardziej optymalny scenariusz to poranek nad morzem, ale jakoś do Korzonka to nie przemawia.

A teraz tak bardziej na nutę osobistą.
Ja tu wszstko gubię. Zgubiłam już biustonosz (nie nabijać się, ani o żadnych świństwach proszę sobie nie myśleć) - state of the art gadżet do karmienia, po prostu wziął i przepadł, potem ręcznik młodej, myjka, teraz kolczyk. Zastanawiam się ile jeszcze rzeczy przedało, a ja o tym jeszcze nie wiem, bo nie były mi potrzebne? Czy to taki hint od życia, że musimy tu zostać, bo nasze rzeczy już tu są?

Poza tym, nadal nic się nie dzieje.
No może dziecko coraz bardziej jak Maynard wygląda. Wytarła sobie czachę z włosów z każdej strony tylko kępka na środku została. Ot, break dancing...

czwartek, 26 kwietnia 2012

Wiadomości bieżące

Uprzejmie donoszę, że żyjemy. Na froncie pogodowym - deszcz napierdala z każdej strony, wiatr napierdala z każdej strony, a w tym wszystkim napierdalają w Ciebie szyszki, igliwie różne, mniej lub bardziej egzotyczne, inne szyszki, kawałki gałęzi itp - również z każdej strony. Wszystko to wiąże się z tzw. organicznym podejściem do przestrzeni życiowej jaką wyznają Francuzi. Co to znaczy dla przeciętnego tubylca z PL? Tu się kuśwa nie sprząta listków, jebitnych szyszek, kasztaników zmutowanych posiadającch jebitne kolce, ani gałęzi, bo to tak ładnie się na chodnikach układa, uroczo ukazując jak to matka natura raz po raz zagarnia przestrzeń ludzką, czyli chodniki i inne ścieżki i kawałki budynków. Niemniej tak jak mówiłam jak przyjdzie do bangla earth wind and water, to się robi taki mikser, że można z siniakami wyjść. Ja w tej chwili prezentuję sobą dość łatwy cel. Wiadomo, w okrągłe łatwo trafić. Pogłębia to tylko moją depresję i niechęć do obseracji Francuzów w ich naturalnych habitacie (znaczy się przy stolikach na cafee i crłasontem z śmierdącym papieroskiem przypiętym w dowolnym miejscu na twarzy). Tak czy siak trend na najbliższy weekend i drugą turę wyborów - le ghumowce.

PS.
Psuje się nam auto, po francusku znaczy to, że musimy tu zostać na zawsze. Merde! Putin! I kurwa mać, że se tak dosadnie podsumuję!

środa, 11 kwietnia 2012

Zaległa opowieść o wycieczce

W weekend poprzedni wybraliśmy się do Arcachon. Tam gdzie jest tak wielgaśna góra piacha, na którą ciągną tłumy i żeby ją sforsować trzeba zapłacić. Wybraliśmy się tam wczesnym porankiem (7:30 start). Oczywiście przyzwyczajona tropikalnymi temperaturami wskoczyłam w spodeneczki koszulinke i sandałki i heya. Jakoś zimno było na dworze, ale stwierdziłam, że żaden problem szybko zrobi się ciepło przecież. Droga zajęła nam ledwo 45 min z wcześniej postulowanych 1,5h. (Czyli brakuje mi jeszcze 45 min, żeby zrobiło się cieplej.) Nic to. Wchodzimy pod wydmę. Już wiem, że pizga nawet w słońcu i średnio uśmicha mi się, wdrapywanie się po chałdzie piasku, ale jest szansa, że się rozgrzeje. Wchodzę na piasek, a to dziadostwo ma temperaturę +2 stopnie, i jestem pewna, że 10 minut temu było - 2. Nie ma takie opcji, żeby właziła na wydmę. Mirek zapakował koc w dookoła nosidełka i razem z Leszkiem i Niną wyruszyli na wydmę. Ja sobie stałam u podnóża i trzaskałam sweet focie wydmie. Panowie specjalnie długo na wydmienie zabawili. Okazało się, że wiatr sprawia, że z tych 8 stopniu robi się jakaś pizgawica sakramencka i chłopaki w miarę szybko się z wydmy ewakukowali, ku mojej radości (przypominam - bardzo nieodpowiednio się ubrałam). Potem ruszyliśmy na molo, w ogrzewanej kawiarni wypić jakiś rozgrzewający napój i w przypadku mnie i Korzonka wciągnąc naleśniki. Po przerwie regeneracyjnej ruszyliśmy na spacer. Ja przeskakiwałam w plamy słońca, a panowie się ze mnie śmiali... Cóż, to i tak wszystko wina Rudego! Tej wersji będę się trzymać. Nie muszę wspominać, że żal mi dupę ściskał za każdym razem, gdy tylko spojrzałam na te domy / bloki mieszkalne ustawione chamsko przy samym molo, że w sumie, można by poranną kawę pić z nogami zanurzonymi w piasku, tudzież wodzie - jak kto woli... Może następnym razem. Tak czy siak na jeszcze jedną wizytę wybierzemy się na pewno, jak będzie trochę cieplej, bo mam zamiar ten spacer po molu odpowiednio wydłużyć. Nie doszliśmy do przystani z jachtami, ale urocze czerwonne ferrari się zobaczyło, a i owszem. W ogóle tam się po ulicach plątało dużo emerytów za kółkami naprawdę wypasionymi oldsmobilami, czy jak to się pisze. Oczywiście style morski, granatowy sweterek w serek, biały, albo niebieski kołnierzyk i jakiś zadziornie związany fular. Nad tym pomarszczona szyja w kolorze przypalonej frytki (mniej lub bardziej) i dobrze ułożony siwy włos, lub nabłyszczony jego brak i mokasynki. Ech luksusy.

Od razu machnę post następny.
Szynkę, kurwa mać zalało. Być może dosłownie. Od tygodnia tutaj leje. A zaczęło się od prawdziwej burzy z pierdolcami. Po prostu była przecudna. Niestety bez odpowiedniego oplastikowania na nas i wózek (a nie mamy) nie było po co jechać, ale.... tututututtuuuuu jeszcze będzie święto czekolady, kolejne z moich 3 ulubionych słów.
Lokalizacja dokładnie ta sama. Mam nadzieję, że może szynkę odwołali i przeniosą i zrobią świeto czekoladowo - szynkowe, to by było dopiero odlot. :)

Byliśmy dzisiaj na szczepieniu i kontroli. 6200 i 60,5cm, jakby ktoś miał jeszcze problemy ze zrozumieniem dlaczego tak rzadko piszemy... Godzila nam komputery zasłania... :D

sobota, 31 marca 2012

K jak konsumpcjonizm

:) Kochani po dłuższym czasie udało mi się ustalić profil bloga. Mianowicie jest o pogodzie i zakupach i francuzach, ale o nich wiadomo w kontekście zakupów i pogody.

Zacznijmy zatem od pogody. Standardowo, jak od tygodnia, napinkala słońce od rana do nocy, nawet w cieniu. (Ok, moving on...)

Zakupy. Lista rzeczy potrzebnych na już (bo wreszcie pojawiła się wypłata) była ogromna. Nie wspomnę nawet o tym, że sporo z tych rzeczy było dla Janki. Postanowiliśmy się zapuścić w okolice Ikei (oczywiście omijając ją szerokim łukiem) i wpaść do Oszona i Tojs ar as. Plan był super chytry i przebiegły. Niestety okazuje się, że jesteśmy super chytrzy i przebiegli podobnie jak 100% Francuzów, którzy również wpadli na pomysł, żeby zakupy zrobić o 9tej rano, jak jeszcze nikogo nie będzie, bo przecież wszyscy będą odsypiać ciężko przepracowany tydzień. Tak więc kolejny sklep odwiedzialiśmy w rytmie polka galopka połączona z slalomem gigantem. Ja standardowo dostałam oczopląsu połączonego z silnym atakiem "muszę mieć", albo "muszę spróbować". W ten sposób dziecko ma nowe ciuchy, ja mam buty idiost's friendy (espadryle, bez żadnego rozróżnienia na but prawy, but lewy), tonę jakiegoś egzotycznego jedzenia, Mirek ma steki i wino dla tatusia.  Zdziwiła mnie natomiast jeszcze jedna rzecz. Żadnych kolejek do kas, bo... uwaga, uwaga... wszystkie kasy obsadzone! Tak! Dobrze czytacie. Wszystkie! Po wyjściu z Oszona i małej rundce pt. Jak stąd wyjść? Trafiliśmy do Tojs ar us. Łudziłam się, że to będzie taki ASKOT, ale niestety nie. Co nie zmienia faktu, że przy półkach z barbie miałam ochotę sobie taką laleczkę kupić. Co by zrekompensować niedostatki (albo półśrodki) dziecińśtwa (mamusia i tatuś w niewiedzy, albo chcąc zaoszczędzić w Peweksie kupili Fleur - w beznadziejnym widzianku żółto czerwonym, a nie Barbie, no i miałam pierwozów mangowej poczwarki i szybko nogi jej się połamały, a jedna w ogóle przestała się trzymać stawu biodrowego). Anyways Mirek specjalnego zainteresowania nie wykazał. Ale spoko, jeszcze tu parę miesięcy posiedzimy...

W ogóle to nie będzie żadnego trip jutro po szynke bajońską, bo festiwal szynkowinki dopiero w przyszłym tygodniu. Jutro się oceanimy w Arcachon. 


Acha, mówiłam że zdjęć Niny wrzucać nie będę, ale nie mogę się powstrzymać.
A star was born!



PS.
Na przeciw nas w hotelu impreza. Widzę ich w oknie, w szczególności papierosowe świetliki. Gdybym miała wiatróweczkę...

PS.2.
Jak się tak przyglądam tym lalkom to one mi się coraz bardziej creepy wydają.