sobota, 31 marca 2012

K jak konsumpcjonizm

:) Kochani po dłuższym czasie udało mi się ustalić profil bloga. Mianowicie jest o pogodzie i zakupach i francuzach, ale o nich wiadomo w kontekście zakupów i pogody.

Zacznijmy zatem od pogody. Standardowo, jak od tygodnia, napinkala słońce od rana do nocy, nawet w cieniu. (Ok, moving on...)

Zakupy. Lista rzeczy potrzebnych na już (bo wreszcie pojawiła się wypłata) była ogromna. Nie wspomnę nawet o tym, że sporo z tych rzeczy było dla Janki. Postanowiliśmy się zapuścić w okolice Ikei (oczywiście omijając ją szerokim łukiem) i wpaść do Oszona i Tojs ar as. Plan był super chytry i przebiegły. Niestety okazuje się, że jesteśmy super chytrzy i przebiegli podobnie jak 100% Francuzów, którzy również wpadli na pomysł, żeby zakupy zrobić o 9tej rano, jak jeszcze nikogo nie będzie, bo przecież wszyscy będą odsypiać ciężko przepracowany tydzień. Tak więc kolejny sklep odwiedzialiśmy w rytmie polka galopka połączona z slalomem gigantem. Ja standardowo dostałam oczopląsu połączonego z silnym atakiem "muszę mieć", albo "muszę spróbować". W ten sposób dziecko ma nowe ciuchy, ja mam buty idiost's friendy (espadryle, bez żadnego rozróżnienia na but prawy, but lewy), tonę jakiegoś egzotycznego jedzenia, Mirek ma steki i wino dla tatusia.  Zdziwiła mnie natomiast jeszcze jedna rzecz. Żadnych kolejek do kas, bo... uwaga, uwaga... wszystkie kasy obsadzone! Tak! Dobrze czytacie. Wszystkie! Po wyjściu z Oszona i małej rundce pt. Jak stąd wyjść? Trafiliśmy do Tojs ar us. Łudziłam się, że to będzie taki ASKOT, ale niestety nie. Co nie zmienia faktu, że przy półkach z barbie miałam ochotę sobie taką laleczkę kupić. Co by zrekompensować niedostatki (albo półśrodki) dziecińśtwa (mamusia i tatuś w niewiedzy, albo chcąc zaoszczędzić w Peweksie kupili Fleur - w beznadziejnym widzianku żółto czerwonym, a nie Barbie, no i miałam pierwozów mangowej poczwarki i szybko nogi jej się połamały, a jedna w ogóle przestała się trzymać stawu biodrowego). Anyways Mirek specjalnego zainteresowania nie wykazał. Ale spoko, jeszcze tu parę miesięcy posiedzimy...

W ogóle to nie będzie żadnego trip jutro po szynke bajońską, bo festiwal szynkowinki dopiero w przyszłym tygodniu. Jutro się oceanimy w Arcachon. 


Acha, mówiłam że zdjęć Niny wrzucać nie będę, ale nie mogę się powstrzymać.
A star was born!



PS.
Na przeciw nas w hotelu impreza. Widzę ich w oknie, w szczególności papierosowe świetliki. Gdybym miała wiatróweczkę...

PS.2.
Jak się tak przyglądam tym lalkom to one mi się coraz bardziej creepy wydają.

czwartek, 29 marca 2012

Halo halo nadajemy

Zbliża się weekend. Okazuje się, że mąż stwierdził, iż będziem zwiedziać. Co? Mam wybrać z listy, jeszcze jej nie dostałam, ale nic to. St. Emilion na dzień dobry odpada, bo z wózkiem po kocich łbach nie dojedziemy nigdzie. Chociaż nie, na pewno dojedziemy na skraj mojej wytrzymałości nerwowej, jak tam trafimy, wyjmę dziecko z wózka, a wózek w rękach wolnych (dziecko w międzyczasie przekazane tatusiowi) połamię. (I to się dopiero Francuzi zdziwią, co wkurwione matki potrafią zrobić.)
Anyways. Wymagania do zwiedznia? Ma być ciekawie, interesująco, preferowana mała ilość innych ludzi, jakieś dobre żarcie w pobliżu, no i standardowo WC. A i broń bosmanie żadnych żwirowych uliczek, przejść, mostków czy innych instalacji, po których trzeba będzie się przemieszczać.  No i ma być trendy, abo miejsce ma mieć na tyle potencjał, że je wylansujemy i każdy przyjedzie i będzie chciał potem założyć fanpejdża na fejsbuku. I co mężu, znajdzie się coś? 

PS.
Oczywiście obszerny materiał zdjęciowy zostanie zamieszczony na blogu, po uprzednim, wnikliwym przerobieniu go przez okno cenzora. Metody cenzurowania zależeć będą od humoru i żołądka (nakarmiony cenzor jest grzeczny i układny) cenzora.


wtorek, 27 marca 2012

Tu bordowniany serwis pogodowy

Proszę Państwa, znowu mamy lato. Słonko napierdala w czaszkę z prędkościa 26 stopni celcjusza na milisekundę. NIe ma się gdzie schować. A pod oknem Panowie z budowlanki napitalają młotem pneumatycznym. Akurat musieli zacząć poszerzanie jezdni, kiedy myśmy się tu sprowadzili, ale doceniamy wysiłki. Dzięki temu czujemy się jak w domu. (Każdy kto u nas był wie, że mieszkamy na budowie i jak na każdą budowę - trudno dojechać). Anyways, wykorzystam ten wątek żeby znowu poobgadywać Francuzów, a co mi... to z taką sadystyczną miłością - l'amour sadistic. Wczoraj dostałam maila z informacjami na temat trendów wiosenno - letnich jakie wchodzą na wrocłaskie ulicy. Króluje kolorystyka łososiowe niewiadomo co, w odcieniach mniej lub bardziej pomarańczowo - różowych i jeszcze trochę brzoskwiniowego. Trochę mnie to zdziwiło, bo wg moich informacji i Zbyh to potwierdzi jak nic, te kolory są sprzed 4 sezonów, a wróciły tylko na zimę i to jako dodatki. (i ja taki dodatek ma, ale teraz to on jest vintage, więc jestem super cool). Tutaj moda w tonacji "a jebnę se czarne wdzianko" w upalny dzień. Plus obowiązkowo szal, najlepiej składający się z dwóch szali powiązanych ze sobą, głębie barw osiągają poprzed związanie ze sobą szala czarnego z mniej czarnym. Uważam, że to zajebiste, jeszcze połączone z nie myciem się i mamy najwyższy stopień wtajemniczenia kasty hipsterskiej.

Z innej beczki. Dochodzą mnie niepokojące wieści, iż nasze koty zdradzają nas na potęgę. W szczególności ta dziwka Makrela. Chamsko się puszcza z Wujkiem, ale z drugiej strony, skoro to Wujek, to ja uwazam, że ona padła ofiarą jego lubieżności. No i co ja po takich doświadczeniach jestem w stanie temu kotu zaoferować, no co? Już chyba tylko ołtarz ofiarny... :P

poniedziałek, 26 marca 2012

33

Standardowo, jak co roku w ten dzień, zaczęło się od bolesnego przebudzenia. Coś strzyka, za bardzo się naciąga, za mało się naciąga, boli jakby się rwało. Itp. itd. nic tylko dzień zacząć z depresją i odbfitym śniadaniem, w końcu je sie za dwóch. Zeby było jasne - za siebie i za depresję!
A tu taka siurprisa. Tylko trochę pobolało. Dzieciak się obok chichra jak pogłupiały, gdzie tu miejsce na depresję.

Mały prezencik od hosbenta :*, akurat się przyda przed rozpoczęciem kolejnego sezonu :)

YAY!!!

piątek, 23 marca 2012

Zakupy high-tech

W supermarketach mają tu taką super-hiper-extra nowoczesną technologię oszczędzającą plecy kupującego i kasjerki. Na rzeczach ważących więcej niż 8kg jest naklejka z kodem kreskowym - naklejkę się odrywa i podaje pani, rzecz zostawiając w rydwanie*. Można? Można!

*słówko na dziś: wózek na zakupy - le chariot

środa, 21 marca 2012

Sprawiedliwość społeczna

Na stołówce uniwersyteckiej można płacić gotówką lub kartą (nie kredytową - teoretycznie gotówkową o szerokim zastosowaniu, w praktyce wyłącznie stołówkową). Gotówką obiad kosztuje 6 euro i 1 centa (sic!) - wynika to z tego, że kosztuje coś tam plus podatek, a płacąc kartą, nie płaci się podatku. Dodatkowo na karcie jest zapisany pracodawca, a  w zależności od tego, gdzie jest się zatrudnionym (uniwersytet, INRIA, CNRS), są różne subsydia - uniwersytet nie dopłaca, INRIA dopłaca, a CNRS wykombinował tak, że za jedzenie w restauracji uniwersyteckiej jest się karanym większą opłatą, bo CNRS ma swoją własną restaurację 5km stąd.  Pracownicy CNRS płacą więc więcej niż przy opłacie gotówką - ale jak  tu mieć 1 centa drobnych każdego dnia? Subsydia zależą też od stanowiska (doktorant, adiunkt, profesor, nie wiem jak z administracją). Dodatkowo niektórzy mają ten przywilej, że mogą kogoś zaprosić na obiad, płacąc swoją kartą - taki dodatkowy obiad jest wtedy subsydiowany, ale trochę słabiej. Czyli za ten sam obiad jest około 10 różnych stawek. I pomyśleć, że to we francuskim komiksie było "ale głupi ci Rzymianie".

wtorek, 20 marca 2012

Kitchen confidential a la Gosia

Francja szmancja. Jest 00:00. Nie mogę spać, bo wspólnie z Ninką przespałam cały dzień. Ona z niespaniem problemu nie ma... na szczęście.
Właśnie rozmyślałam nad kulinariami na dzień jutrzejszy, aż mnie w końcu natchnęło. Z braku laku (mamy 2 palniki, słownie dwa, plus dwa garnki i dwie patelnie, plus bardzo kiepski pochłaniacz, moment jak to się nazywa, no! to coś nad piecykiem, cholera zapomniałam! Więcej to to hałasu robi, niż pochłania. Generalnie model "siwy dym".) postanowiłam eksploatować stronę "instant" kuchni francuskiej. Nie mam czasu, ani miejsca na wymyślne gotowanie czegokolwiek innego niż "jednogarnkowce". A wiadomo, że liczba wersji "mac and cheese" jest skończona. 
Pierwsze próby w ramach instant frencz miały miejsce w zeszłym tygodniu. Na pierwszy ogień poszedł Qusz Loraine, czy jak to się tam pisze. PIerwsze zdziwienie w domu - do przyrządzenia w piekarniku. Nie ma piekarnka, nic to, jest microfala z funkcją podpiekania. No to fruuu. Efekt. No zjadłam, ale byłam bardzo głodna. Mirek stwierdził, że się od tego będzie z dala trzymać. I że generalnie on instant to raczej średnio. Cóż... Jak to smakowało? Dziwnie, jak jajeczca zapieczona w niedopieczonym cieście. Na pewno nie mogło się równać z wersją zaprezentowaną na zeszłorocznej imprezie urodzinowej Jolci przez niejaką Madlaine - rodowitą Francuzkę. Wstyd się przyznać, ale zanim goście przyszli zeżarłam 3/4 całego quicha (czy jak to się pisze). Druga odsłona to zupa lentilkowa (po naszemu z soczewicy). Trochę taka breja, ale jak już ją upgrade'nąć smażonym bekonikiem, to palce lizać. Mirek jeszcze chciał do tego cieciorkę wrzucać. Ale jak dla mnie i tak wieczór był bardzo eksplodujący.

Anyways półki francukich sklepów (zwiedziłam dwa Leclerc'a i Casino i przynaje Oldze rację, jest to niesamowita rozrywka po oglądaniu tyłków, pieluch itp. przez bite 4 tygodnie non stop - w najbliższym czasie zamierzam się wybrać sama, żeby nikt mi na plecach nie dyszł i dawał do zrozumienia, że mam się spieszyć. Mnie te sklepy bawia, na pewno nie ma w nich takiego namolnego rozpierdolu jak w Polszy!) są pełne kartonów z zupami (no no, żadnych proszkowych hitów, chyba że jeszcze nie trafiłam w odpowiednią alejkę). Piąte przez dziesiąte rozumiem, co pisze na opakowaniach. W tym tygodniu zupy zatem :) na wszelki wypadek w lodówce bekonik!

Aaa i jeszcze jedno. Tutuj jest w cholerę owoców morza. Jak zobaczyłam małże, to się trochę wzruszyłam. Po krótkim zastanowieniu jednak doszłam do wniosku, że nie mam pojęcia jak je przygotować, bez długoletnich studiów i oglądania programów Jacques Pepin'a, więc trochę stchórzyłam.  Ale po mału. W końcu dopiero minęły dwa tygodnie. Za 3 miesiące to się z tymi wszystkimi sprzedawcami o świeżość wykłócać będę ;), a Jacques będzie mi mógł herbatę zrobić...

poniedziałek, 19 marca 2012

Anomalie

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, iż jestem paranoiczką. Za 20 lat pewnie będę opowiadać wszystkim na prawo i lewo, jak to ufo jednak steruje wszechświatem, a większość głów Państw liczących się na arenie międzynarodowej to klony pod kontrolą obcych (w tej chwili wystawiam się na celownik alienowskich assasynów). Jesteśmy we Francyji od ponad 2 tygodniu. Nieprzerwanie świeciło tu słońce. Niebo non stop to samo, wiatr z tej samej strony, w ogóle jaki wiatr. Dzień w dzień ten sam kadr filmu, over and over again. Sami na moim miejscu wpadlibyście w paranoję. Co nie? Na szczęście wczoraj cały dzień lało. Lało i wiało. Ale jak się tak nad tym zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że obcy establiszment po prostu próbuje uśpić moją czujność. Nie ze mną takie numery.


PS.
Młoda chora. Ja choruję razem z nią. Znaczy się mam kolejną paranoję czyli patrzę jak śpi i mierzę puls, badam kupy i stosuje inne metody pomiarowe współczesnej medycyny.

czwartek, 15 marca 2012

Czas i przestrzeń

Moi mili, z powodu różnicy 2 godzinnej w ruchu słońca, wszystko mi się rozjebało i rozregulowało. Taki europejski jetlag mam. Primo, praktycznie nie używam telefonu (nie wiem, która jest godzina, w milusińskich podręcznikach o hodowli dzieci, mówią że wszystko trzeba mierzyć w kontekście czasu, kiedy, jak długo itp. - czyli porażka już na pierwszej bazie), nie mam żadnych meetingów pracowych, więc nie wiem jaki jest dzień tygodnia, a co dopiero miesiąca (trudno śledzić mi następne wizyty u lekarzy - porażka nr dwa). Z tymi dniami tygodnia to w ogóle kupa straszna, bo w celu wprowadzenia "względnej regularności w hodowli", bo niby tak lepiej, każdy dzień wygląda tak samo. Żeby się dobić moja zajebista fryzura (nie farbowałam włosów)  wyjazdowa (a co obcięłam kudły przed wyjazdem) wygląda już nie tak wyjściowo, bo nie wzięłam ze sobą suszarki, a miała być super prosta w obsłudze. W tej chwili wyglądam jak połączenie niemieckiej pani zajmującej się pchnięciem kulą za czasów DDR, tudzież Franz Beckenbauer i cała piłkarska reprezentacja Niemiec z czasów lat 70tych. Do tego domalujcie sobie obrzyganą lekko koszulę w kratę rozciągnięte spodenki i sandały i jestem jak ten hipster / bezdomny z kawału z basha. Generalnie AWANGARDA!

PS. Gdyby nie to, że mam obiecane 800 EURO na buty pomyślałabym, że mam depresję!

Nowy budynek INRIA

Za miesiąc w campusie otwierają nowy budynek INRIA (taki PAN tylko że: francuski, informatyczno-elektroniczny, z młodszą kadrą) . Jakoś chyba wcześniej są wybory, więc politycy potrzebują się budynkiem pochwalić już teraz a nie za miesiąc. Z tej okazji dzisiaj było uroczyste otwarcie nieskończonego budynku.

Skuszony free foodem postanowiłem postanowiłem budynek obejrzeć. Okazało się, że niezaproszonych teoretycznie nie wpuszczają, ale wystarczyło, że znam kogoś, kto był zaproszony - powiedziałem nazwisko mojego szefa i już byłem w środku. (Wyobraźcie sobie coś takiego w Polsce czy Niemczech).

Fajny pomysł na proste wykorzystanie augmented reality: stół z mapą i narysowanym nowym budynkiem, wszystko zwykłe 2D. Na stole były iPady, które można sobie było podnieść i po nakierowaniu na narysowaną mapę, wyświetlały się na nich wizualizacje nowego budynku - można było z nimi chodzić dookoła, obracać, podnosić wyżej, niżej, itp.

Budynek ma na mój gust za dużo szkła i open-space'ów. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś będziemy budować nowy instytut informatyki we Wrocławiu, to zdecydowanie nie pójdziemy w tą stronę - jakoś coraz bardziej cenię sobie prywatność.

Jako, że strażacy jeszcze nie pozwolili na bieganie po budynku samopas, zwiedzaliśmy w małych grupach: 10-12 osób. Większość grup wyglądała na zdyscyplinowane. Tylko moja, teroetyczno-algorytmiczna rozbiegała się, nie słuchała pani i w ogóle zachowywała się jak w książkach o Mikołajku. Jak się nasza 15-minutowa wycieczka kończyła, było nas już tylko trzech - reszta się gdzieś zgubiła.

niedziela, 11 marca 2012

Ikea po francusku

Jestem oburzona! :)

Ha! Wreszcie jakiś znajomy sklep. Przygotowałam sobie listę. Po francusku! Sklep standardowo położony poza centrum. Sklep? Prawdziwy moloch. Jadąc koło tego zastanawialiśmy się czy to przypadkiem nie jest też przy okazji fabryka (ale przecież by się nie opłacało, na pewno?). Wielki moloch składający się z trzech odrbębnych budynków. Myślę, że parokrotnie większy od wrocłaskiego. Podjeżdżamy na parking, jest 12 - Francuzi się lanczują. Od strony ikei mało kto idzie z jakimiś pakietami. Nic to idziemy dalej. W stronę wejścia głównego posuwa się (bardzo żwawo) kolumna ludu... Nic to, idziemy dalej. Wchodzimy, trochę konfuzji na dzień dobry, w którą stronę. Podążamy za tłumem. Po schodach, półpiętro, patrzę w lewą stronę i widzę kolejkę. Ogromną. Ludzie włążą praktycznie już na sam sklep. Nic to, my na lanczyk nie przyjechaliśmy. Mam listę, idziemy działać. Maszeruję sobie wśród tłumu, Rudy za mną z Małą w nosidełku (podział zadań: ja z listą latam, łapię i przebijam się dalej, Rudy pilnuje żeby nie włączyła się syrena. Akcja ma trwać nie wiecej niż 45 min). Coś mi tu mocno nie gra. 75% rzeczy z listy nie ma. I nie mówię nie ma, bo był najazd studentów i wynieśli wszystko, są puste pułki, nie - po prostu nie ma. Tak jakby sklep o te 75% pomniejszyli. Wyobraźcie sobie rozbudowane wrocławskie działy z kuchennym sprzętem, czy rzeczami do łazienek i zostawcie z tego tylko jedną trzecią. Co zostaje? Dwa rodzaje talrzy i deski sedesowe. Dokładnie tak. Bardzo chciałam wydać te cholerne pieniądze, ale nie było po prostu na co. Na szczęście mata na łóżko i utęsylia pościelowe (jasne, że kupiliśmy tą cholerną kołdrę, to że Rudy robi się coraz bardziej fhrancuski nie znaczy, że wrobię się w spanie pod prześcieradłem) się znalazły, ale po niezłych poszukiwaniach. Wychodzi na to, że w tym kraju bieliznę pościelową uznaje się tylko w rozmiarze 220x240. Jakimś dziwnym trafem na hali sprzedażowej znalazły się tylko te "droższe" propozycje sklepowe. Chała i kit proszę Państwa. Ale przecież to nic, francuska ikea zarabia nie na meblach, ale na jedzeniu (wspomniane wcześniej kolejki, które podobno są na porządku dziennym, w końcu trzeba klopsiki za 50 centów trzeba zjeść). Moje zdanie jest takie, w tych wszystkich innych budynkach nie trzymają mebli, tylko jebitne ilości mrożonek i łososia. Ikea le restaurant (Rudy popraw, te wszystkie le, la sraa).



PS. Cały czas swędzą mnie dłonie, obie. Albo to świerzb, albo po indiańsku na pieniądze!
PS2. Najnowsze obserwacje wskazują, że najlepiej się wyrywa laski na dziecko. Rudy z Mała w bejbibjornie musiał się od bab kijem odganiać. Nawet takich siedemdziesięciolatek.

piątek, 9 marca 2012

Teraz to ja mogę tu zostać...

Przeprowadziliśmy się. Powoli w nowym miejscu robi się bajzel nie do ogarnięcia, czyli aklimatyzacja postępuje.  Z dystansu jaki mamy do centrum, wychodzi mi, że nadal mieszkamy na Psim Polu. (Czyli wycieczki piechotą do centrum będą na porządku dziennym.) Podoba mi się jedno, wyposażenie sklepów. Takie bzdurne Casino, ma wybór jak nasz polski EPI. My to jednak jesteśmy trzeci świat.

BTW sklepów, jutro obowiązkowa wizyta w IKEA (po przeprowadzce nie mamy nawet talerza, bo nastawiając się na pozostanie w miejscu pierwotnym nic nie wzięliśmy - wszystko łącznie z grzybem było). Na własnej skórze będzie można sprawdzić jak Francuzi weekendy spędzają :) Nie omieszkałam się wcześniej zapytać o tego typu zwyczaje i podobno... gardzą, natomiast Anglicy, którzy przyjeżdżają do Francji na emeryturę, chętnie spędzają tam czas wolny, którego mają, no właśnie - za dużo.

Update wózkowy. Nie ma co. Ja się do tego nie nadaję. Kierownica nie ma wspomagania i jedną ręką nie da się prowadzić. Dodatkowo hamulce jakieś z dupy. Obawiam się, że jak patrzę przed siebie to robię jakieś dziwne rzeczy z wózkiem, gdy obserwuję wózek wjeżdżam w ściany. W dzieciństwie jakoś było łatwiej. Wszystkie crash test dummies przeżyły.

Supersize me

Nasze dziecko po urodzeniu wycenili na 58cm wzrostu w szpitalu w Oławie. Przy wizycie u pediatry tutaj okazało się, że najwyższe (najdłuższe chyba, bo to przecież nie stoi) dziecko we Francji miało 57cm. W sklepie ubrania dla dzieci są podzielone na rozmiary przede wszystkim wiekiem (1 miesiąc, 3 miesiące, pół roku...), a potrzebowaliśmy kupić ciuchy, bo przecież jak żyjemy na bogato, to nie będziemy prać. Okazało się, że nasze miesięczne dziecko wpada tutaj w kategorię 3 miesiące :-)

PS Chyba już udało nam się włączyć możliwość komentowania bez logowania.

środa, 7 marca 2012

Ile kosztuje prześcieradło hotelowe...



Dzisiaj przenosimy się do innego hotelu. Jance się w tym niespecjalnie podobało. Postanowiła to przypieczętować mega kupskiem, które wyciekło z pieluchy z gaci i gustownie się rozkleksowało na prześcieradle, przebijając dwie warstwy pościeli. Vive le resistance!


(Niby miało nie być o kupkach, ale nie mogłam się powstrzymać. Ze mną prędzej czy później będzie jakieś fekaliada party.)

poniedziałek, 5 marca 2012

Idiot's friendly i nie tylko

Nie wiem, czy wiecie ale jako kulturoznawca musiałam sobie wyznaczyć cel w życiu.
Ostatnio badam organoleptycznie różne przybytki medyczne. Dziś nawet w jednym francuskim byłam. 
Ale nie o tym chciałam, w końcu ile jeszcze można czytać o mojej broken vigana. Ten monolog trzeba wreszcie skończyć. Anyways. Francja kraj dziwny. Pierwsze (trzecie) wrażenie - wszystko jest brudne i zakurzone, ale pociągniete świeżą wersją farby. Dość kiepsko należy dodać. Brud nadal wyłazi z każdej strony. Ta tendecja do przykrywania wszystkiego tapetą również jest widoczna u tutejszych dziewcząt. Jedna jazda tramwajem i się człowiek napatrzył. Nie ma co...

Właśnie ta jazda tramwajem mnie zachwyciła. W całym mieście są trzy linie: A, B, C. Można się nimi praktycznie dostać z jednego końca miasta na drugi. Żeby było weselej wszystko jest jasno i wyraźnie opisane. A miła Pani mówi (i wyświetlają się) nazwy przystanków. W ogóle to google te przystanki wyświetla. W ten sposób nawet średnio rogarnięty moron z obczyzny, jest w stanie sobie poradzić i od razu podrasować własną samoocenę (patrz: ja). 

Francuzki jakieś takie feee. Jedyna dziewczyna, która wpadła mi w oko w tramwaju (moje takie akwarium obserwacyjne) okazała się być Rosjanką.

A teraz zagadka. Kto zna tego Pana 
Dziś w Casino (tak francuska biedronka) natknęliśmy sie na niego w dziale z przecenami, prawie wypuściłam moje zdobyczne paróweczki z wrażenia z ręki. Nic się nie zmienił. 

Profesor

Ty profesor to masz inne zadanie - Ty to siedź i knuj.

Znowu zostałem profesorem, tym razem na 6 miesięcy. W ciągu jednej doby:

  • dostałem miejsce parkingowe za szlabanem i kartę do otwierania tego szlabanu; nie potrafiłem znaleźć miejsca, gdzie się przykłada kartę; przejechałem przez trawnik; całą noc martwiłem się, że nie będę mógł wyjechać za dnia
  • kupiłem jedzenie na wynos w restauracji, poszedłem z nim do parku, w parku zorientowałem się, że zapomniałem jedzenia
  • kupiłem wino i przyniosłem je do hotelu; tam okazało się, że korkociąg zostawiłem w pracy

Roadtrip

Roadtrip czyli dupy nigdy nie przestaną nas boleć.

Zaczęło się od pobudki kierowcy (w tej roli Mirek K.) o 2:30. W przeciwieństwie do poprzednich podróży budzik był nie elektroniczny, a organiczny (w tej roli Janka K.). Już po chwili (półtoragodzinnej) pakowania siedzieliśmy w aucie. (Kto siedział ten siedział, ja się składałam na tylnym siedzeniu - Gosia K.)

Po dwóch godzinach we mgle byliśmy na granicy. Zrzuciliśmy sople z lusterek i dachowego boxa i ostatni raz zatankowaliśmy gaz, płacąc akcyzę Tuskowi a nie Merkozyemu. Alemanię minęliśmy jakoś szybko i bez wrażeń, tym razem trasę sponsorował Rammstein a nie Kazik (tyle lat nauki języka, a żadne z nas nie wie, co po niemiecku znaczy te quiero puta).

Do Francji wjechaliśmy już ledwo żywi, więc skorzystaliśmy z pierwszej lepszej gospody - Ibiss (ten od kobiety gratis). W niedzielę pobudka o 5tej, dwa kabanosy w dłoń i powrót do rutyny: jazda, karmienie, przewijanie, jazda, tankowanie, spłukać, powtórzyć. O 15tej dotarliśmy do Bordeaux, kończąc tym samym pierwszą przeprowadzkę.

Druga przeprowadzka czeka nas już w tym tygodniu - okazało się, że pokoje gościnne zaoferowane nam przez Francuzów nie są tak fajne (czytaj czyste) jak te oferowane przez nas Francuzom. Przeprowadzamy się do hotelu - będziemy żyć  na bogato! W hotelach Gosia żąda room-service (popowiększali się i w dupach się poprzewracało) no i Mirek ma dodatkowy etat.

Czujemy, że się będzie nieźle działo, stay tuned.

PS Nasz pomysł na bloga emigracyjnego jest naszym pomysłem, należy tylko do nas, chroni go ACTA i to drugie i wcale nie jest inspirowany waszyngtonpostem. Taka jest nasza wersja i takiej będziemy się trzymać.