Nie wiem, czy wiecie ale jako kulturoznawca musiałam sobie wyznaczyć cel w życiu.
Ostatnio badam organoleptycznie różne przybytki medyczne. Dziś nawet w jednym francuskim byłam.
Ale nie o tym chciałam, w końcu ile jeszcze można czytać o mojej broken vigana. Ten monolog trzeba wreszcie skończyć. Anyways. Francja kraj dziwny. Pierwsze (trzecie) wrażenie - wszystko jest brudne i zakurzone, ale pociągniete świeżą wersją farby. Dość kiepsko należy dodać. Brud nadal wyłazi z każdej strony. Ta tendecja do przykrywania wszystkiego tapetą również jest widoczna u tutejszych dziewcząt. Jedna jazda tramwajem i się człowiek napatrzył. Nie ma co...
Właśnie ta jazda tramwajem mnie zachwyciła. W całym mieście są trzy linie: A, B, C. Można się nimi praktycznie dostać z jednego końca miasta na drugi. Żeby było weselej wszystko jest jasno i wyraźnie opisane. A miła Pani mówi (i wyświetlają się) nazwy przystanków. W ogóle to google te przystanki wyświetla. W ten sposób nawet średnio rogarnięty moron z obczyzny, jest w stanie sobie poradzić i od razu podrasować własną samoocenę (patrz: ja).
Francuzki jakieś takie feee. Jedyna dziewczyna, która wpadła mi w oko w tramwaju (moje takie akwarium obserwacyjne) okazała się być Rosjanką.
A teraz zagadka. Kto zna tego Pana
Dziś w Casino (tak francuska biedronka) natknęliśmy sie na niego w dziale z przecenami, prawie wypuściłam moje zdobyczne paróweczki z wrażenia z ręki. Nic się nie zmienił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz