Roadtrip czyli dupy nigdy nie przestaną nas boleć.
Zaczęło się od pobudki kierowcy (w tej roli Mirek K.) o 2:30. W przeciwieństwie do poprzednich podróży budzik był nie elektroniczny, a organiczny (w tej roli Janka K.). Już po chwili (półtoragodzinnej) pakowania siedzieliśmy w aucie. (Kto siedział ten siedział, ja się składałam na tylnym siedzeniu - Gosia K.)
Po dwóch godzinach we mgle byliśmy na granicy. Zrzuciliśmy sople z lusterek i dachowego boxa i ostatni raz zatankowaliśmy gaz, płacąc akcyzę Tuskowi a nie Merkozyemu. Alemanię minęliśmy jakoś szybko i bez wrażeń, tym razem trasę sponsorował Rammstein a nie Kazik (tyle lat nauki języka, a żadne z nas nie wie, co po niemiecku znaczy te quiero puta).
Do Francji wjechaliśmy już ledwo żywi, więc skorzystaliśmy z pierwszej lepszej gospody - Ibiss (ten od kobiety gratis). W niedzielę pobudka o 5tej, dwa kabanosy w dłoń i powrót do rutyny: jazda, karmienie, przewijanie, jazda, tankowanie, spłukać, powtórzyć. O 15tej dotarliśmy do Bordeaux, kończąc tym samym pierwszą przeprowadzkę.
Druga przeprowadzka czeka nas już w tym tygodniu - okazało się, że pokoje gościnne zaoferowane nam przez Francuzów nie są tak fajne (czytaj czyste) jak te oferowane przez nas Francuzom. Przeprowadzamy się do hotelu - będziemy żyć na bogato! W hotelach Gosia żąda room-service (popowiększali się i w dupach się poprzewracało) no i Mirek ma dodatkowy etat.
Czujemy, że się będzie nieźle działo, stay tuned.
PS Nasz pomysł na bloga emigracyjnego jest naszym pomysłem, należy tylko do nas, chroni go ACTA i to drugie i wcale nie jest inspirowany waszyngtonpostem. Taka jest nasza wersja i takiej będziemy się trzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz