Francja szmancja. Jest 00:00. Nie mogę spać, bo wspólnie z Ninką przespałam cały dzień. Ona z niespaniem problemu nie ma... na szczęście.
Właśnie rozmyślałam nad kulinariami na dzień jutrzejszy, aż mnie w końcu natchnęło. Z braku laku (mamy 2 palniki, słownie dwa, plus dwa garnki i dwie patelnie, plus bardzo kiepski pochłaniacz, moment jak to się nazywa, no! to coś nad piecykiem, cholera zapomniałam! Więcej to to hałasu robi, niż pochłania. Generalnie model "siwy dym".) postanowiłam eksploatować stronę "instant" kuchni francuskiej. Nie mam czasu, ani miejsca na wymyślne gotowanie czegokolwiek innego niż "jednogarnkowce". A wiadomo, że liczba wersji "mac and cheese" jest skończona.
Pierwsze próby w ramach instant frencz miały miejsce w zeszłym tygodniu. Na pierwszy ogień poszedł Qusz Loraine, czy jak to się tam pisze. PIerwsze zdziwienie w domu - do przyrządzenia w piekarniku. Nie ma piekarnka, nic to, jest microfala z funkcją podpiekania. No to fruuu. Efekt. No zjadłam, ale byłam bardzo głodna. Mirek stwierdził, że się od tego będzie z dala trzymać. I że generalnie on instant to raczej średnio. Cóż... Jak to smakowało? Dziwnie, jak jajeczca zapieczona w niedopieczonym cieście. Na pewno nie mogło się równać z wersją zaprezentowaną na zeszłorocznej imprezie urodzinowej Jolci przez niejaką Madlaine - rodowitą Francuzkę. Wstyd się przyznać, ale zanim goście przyszli zeżarłam 3/4 całego quicha (czy jak to się pisze). Druga odsłona to zupa lentilkowa (po naszemu z soczewicy). Trochę taka breja, ale jak już ją upgrade'nąć smażonym bekonikiem, to palce lizać. Mirek jeszcze chciał do tego cieciorkę wrzucać. Ale jak dla mnie i tak wieczór był bardzo eksplodujący.
Anyways półki francukich sklepów (zwiedziłam dwa Leclerc'a i Casino i przynaje Oldze rację, jest to niesamowita rozrywka po oglądaniu tyłków, pieluch itp. przez bite 4 tygodnie non stop - w najbliższym czasie zamierzam się wybrać sama, żeby nikt mi na plecach nie dyszł i dawał do zrozumienia, że mam się spieszyć. Mnie te sklepy bawia, na pewno nie ma w nich takiego namolnego rozpierdolu jak w Polszy!) są pełne kartonów z zupami (no no, żadnych proszkowych hitów, chyba że jeszcze nie trafiłam w odpowiednią alejkę). Piąte przez dziesiąte rozumiem, co pisze na opakowaniach. W tym tygodniu zupy zatem :) na wszelki wypadek w lodówce bekonik!
Aaa i jeszcze jedno. Tutuj jest w cholerę owoców morza. Jak zobaczyłam małże, to się trochę wzruszyłam. Po krótkim zastanowieniu jednak doszłam do wniosku, że nie mam pojęcia jak je przygotować, bez długoletnich studiów i oglądania programów Jacques Pepin'a, więc trochę stchórzyłam. Ale po mału. W końcu dopiero minęły dwa tygodnie. Za 3 miesiące to się z tymi wszystkimi sprzedawcami o świeżość wykłócać będę ;), a Jacques będzie mi mógł herbatę zrobić...
ojeja, i masz duzo krewetek???? takich duzych? atakuj francuskie sklepy odkrywco, niech moc bedzie z toba ;)
OdpowiedzUsuńa pan jacques jest beznadziejny-grzeje caly piekarnik na dwie grzanki
renata